wtorek, 15 lutego 2011

Najpyszniejsze Walentynki

Wczoraj świętowaliśmy z M. nasze pierwsze Walentynki. Przyznam, że nie zależało mi specjalnie na tym „święcie”. Nienawidzę pluszowych serduszek, kiczu i beznadziejnych komedii, które pojawiają się w kinach w tym okresie.
Chcieliśmy po prostu wspólnie spędzić czas.
A jako że niedawno M. dostał ode mnie na urodziny zestaw do robienia sushi, postanowiliśmy w ten dzień po raz pierwszy samodzielnie przyrządzić ten japoński specjał.

Przyznam, że do tej pory jadłam sushi tylko raz. Z powodu alergii na ryby jestem dość mocno ograniczona w testowaniu nowych smaków. Ani łosoś, ani tuńczyk, ani nawet paluszek surimi nie wchodzą w grę. Pozostają więc warzywa i krewetki.
Zestaw do sushi zawierał płaty nori, ryż, sos do ryżu, wasabi, czarny sezam, marynowany imbir, matę bambusową i 2 pary pałeczek. W sklepie dokupiliśmy wędzonego łososia (dla niego), mrożone krewetki (dla mnie), por, ogórek, czerwoną paprykę, majonez i serek śmietankowy. I wino, oczywiście ;)

Na początek postanowiliśmy nie szaleć i przyrządzić SUSHI MAKI, które wydawało się nam najprostsze do zrobienia.

Photobucket

Ryż ugotowaliśmy wg załączonej instrukcji. Szklankę ryżu przepłukaliśmy wodą kilka razy, aż była przejrzysta. Po odcedzeniu zalaliśmy go 1 i 1/5 szklanki świeżej wody. Gdy woda zaczęła wrzeć, gotowaliśmy ryż na maleńkim ogniu, pod przykryciem, przez 10 minut (to był chyba jakiś ryż paraboiled, bo widziałam na innych blogach, że niektórzy gotowali swój ryż nawet 45 minut). Po tym czasie wyłączyliśmy gaz i pozwoliliśmy, aby ryż „doszedł” przez 15 minut. Następnie dokładnie wymieszaliśmy z 3 łyżeczkami sosu do ryżu (składającego się z octu ryżowego, cukru i soli). Odstawiliśmy ryż, aby nieco przestygł. W tym czasie pokroiliśmy warzywa i łososia na cienkie paseczki. Krewetki sparzyłam wrzątkiem (były już obrane i gotowane, niestety świeżych u nas dostać nie można). I można było przystąpić do dzieła :)
Na macie ułożyliśmy arkusz nori. Na niego wyłożyliśmy cieniutką warstwę letniego ryżu, zostawiając po bokach marginesy. Najlepiej rozprowadzało się go zwilżonymi dłońmi, bo kleił się straszliwie;)
Wzdłuż przeciwległego boku ułożyliśmy wybrane dodatki, tworząc różne zestawy:
- krewetki, por i majonez (moje ulubione),
- krewetki, ogórek, papryka i serek,
- łosoś, papryka i majonez,
- podwójny łosoś, papryka i serek (M. nie lubi ogórka ani pora).
Następnie za pomocą maty, lekko dociskając, zrolowaliśmy sushi w kierunku „do siebie”. Krańcowy margines zwilżyliśmy wodą, żeby lepiej się przykleił. Następnie tak powstały wałek pokroiliśmy w poprzek na 7-8 kawałków. Wierzchy niektórych z nich posypaliśmy czarnym sezamem.
W ten sposób zużyliśmy 4 arkusze nori, co dało nam ponad 30 stuk maki.

Z resztek ryżu zrobiliśmy 3 NIGIRI: wilgotnymi dłońmi formowaliśmy ryż na kształt jakby niedużego jajka. Odkładaliśmy na deseczkę, a do ręki braliśmy odpowiednio przycięty plaster łososia lub rozpłataną krewetkę. Smarowaliśmy je odrobiną wasabi, na to kładliśmy kulkę ryżu i delikatnie dociskaliśmy. Każde nigiri obwiązaliśmy zwilżoną wstążką nori i posypaliśmy z wierzchu czarnym sezamem.

Osobno podaliśmy wasabi (które bardzo lubimy), sos sojowy (którego nie było w zestawie, na szczęście na półce współlokatorki M. znaleźliśmy i pożyczyliśmy ;) i imbir, którego praktycznie nie tknęliśmy, bo jakoś nam nie podchodzi.

O, jak się objedliśmy! Ale było pysznie! :)


A na deser mój M. przygotował... sernik :D

W pieczeniu pomagała mu mama za pośrednictwem Skype ;) M. wyciął z ciasta serce, czym totalnie mnie rozczulił... Mimo że może nie jest to najpiękniejszy sernik jaki widziałam, to muszę przyznać, że w smaku był rewelacyjny, delikatny i kremowy, z kokosowym wierzchem. I jest to najwspanialszy prezent, jaki dostałam kiedykolwiek od chłopaka – bo wiem, że robiąc go dla mnie, włożył w nie całe swoje serce. :)

Photobucket

O przepis na sernik nie pytałam. Niech to pozostanie Jego tajemnicą... ;)

8 komentarze:

  1. Tak, ja też prędzej zrobię sushi w domu niż dojdę do japońskiej restauracji, którą mam pod nosem od 3 lat. Twoje wygląda przepysznie. A i sernik. Tego, to nie odmówię sobie już na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo miło spędziliście dzień:) A sernik jest rozczulający i bardzo ładny:)
    Pozdrawiam!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach zazdroszczę ;) Niby też nie lubię tego całego zamieszania wokół Walentynek, ale nie mogliśmy z Lubym spędzić ich wczoraj razem i... trochę teraz za tym zatęskniłam :) Sernik świetny! Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Takie Walentynki to ja rozumiem :) Uwielbiam sushi. A tej calej cukierkowej otoczki wokol Walentynek po prostu nie znosze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. domowe sushi?
    jadłam tylko raz, na dodatek kupne. och, polubiłam je od razu.
    a gdyby tak je zrobic...kiedyś? xd

    OdpowiedzUsuń
  6. Sernik wymiata. est uroczy,. Też lubię takie gesty.

    OdpowiedzUsuń
  7. I to się nazywa fajny pomysł na Walentynki!;-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratulacje dla pani inżynier i powodzenia w dalszej edukacji :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...